Pani Leokadia urodziła się w 1934 roku w miejscowości Hucisko Horodyskie w gminie Szumsk. Miejscowość należała do powiatu krzemienieckiego w województwie wołyńskim. Jej ojciec, Ksawery Józefowicz, pochodził z Grodna. Był księgowym w majątku Litowiszcze. Wraz żoną, Elżbietą Józefowicz, prowadził gospodarstwo rolne. Pani Leokadia miała dwóch starszych braci – Wacława (ur. 1920) i Ambrożego (ur. 1923), oraz siostry Józefę (ur. 1927), Stanisławę (ur. 1931) oraz najmłodszą Janinę (ur. 1938).
Zbrodnia pod lasem
Mama pani Leokadii zmarła przed wojną na zapalenie płuc.
– W 1943 roku mieszkałam w Hucisku Horodyskim z ojcem i dwiema siostrami – Stanisławą i Janiną, gdyż bracia zostali wywiezieni na przymusowe roboty do III Rzeszy, a później ten sam los spotkał siostrę Józefę – wspomina nasza rozmówczyni. – Pamiętam, że na noc chodziliśmy spać do pobliskiego lasu. Na początku maja 1943 roku Ukraińcy napadli na Kąty, gdzie działała polska samoobrona. My schroniliśmy się w budynku szkoły w Kątach.
Całą noc tam siedzieliśmy, a dookoła wszystko się paliło. Słychać było strzały, piski ludzi i odgłosy zwierząt hodowlanych. Jak już banderowcy odeszli, Polacy, którym udało się odeprzeć atak, powiedzieli, że teraz wszyscy musimy uciekać do Krzemieńca. I ludzie – jak w wielkiej procesji – poszli do oddalonego o ponad 20 kilometrów Krzemieńca. My wróciliśmy do domu. Ojciec pracował przed wojną w miejscowości Litowiszcze, w której przeważali Ukraińcy. Może sądził, że nic mu nie grozi, bo znał wszystkich. Tego nie wiem...
To musiało być w lipcu 1943 roku. Tego dnia ojciec kazał mi paść krowę, a sam poszedł pod las kosić zboże. Ja miałam wtedy 9 lat. Z ojcem poszła 12-letnia Stasia i 5-letnia Jasia. Starsza na pewno pomagała ojcu. Pamiętam, że ta młodsza wolała wtedy ze mną zostać, ale poszła z nimi i to nie ja, tylko ojciec ze starszą siostrą musieli uważać na to najmłodsze dziecko.
PRZECZYTAJ: Archiwum X wraca do zbrodni w Zwierzyńcu. Czy po latach uda się ustalić sprawców? [ZDJĘCIA]
Mieli już kończyć i wracać do domu. Przejechała jedna fura, trzecia, piąta, a szósta się zatrzymała. Zabrali ojca do Litowiszcza. Z siostrami. Później wrócili i nawet kazali ojcu snopki składać. Padły dwa strzały… To każda z sióstr dostała po kuli. Ojca zamęczyli...
Nic nie zostało
Razem z sąsiadami – Polakami uciekli do lasu.
– Nikt nie odważył się tam (na miejsce zbrodni – przyp. red.) pójść – kontynuuje bolesne wspomnienia pani Leokadia.
– Nie było komu zabrać ciał. Mnie zabrał do siebie mieszkający niedaleko nas Ukrainiec. U niego też pasłam krowy i prosiłam, żeby zakopał moich najbliższych. On bał się, ale w końcu mówi: „Chodź ze mną, tylko nie płacz, bo jak usłyszą płacz, to i ciebie zabiją i mnie!”. I poszliśmy. Zakopał dziewczynki w lesie, mówił, że ciała ojca nie mógł znaleźć.
Później z Szumska przyszła ciotka i mnie zabrała. Przez rok byłam u niej, a następnie trafiłam do domu dziecka w Krzemieńcu. Tam skończyłam pierwszą klasę. Raz przyszła tam Ukrainka i chciała wziąć dziecko. Spojrzała na mnie i powiedziała, że właśnie mnie chce zabrać. Ja się zgodziłam, ale po szkole nie przyszłam na umówione spotkanie. Bałam się, bo wiedziałam co Ukraińcy wcześniej robili z Polakami.

Później zgłosiła się Polka, która miała „papiery” na chłopca, którego ojciec zginął w Katyniu. Wszystkich nas ustawiono w szeregu i ja wtedy zrobiłam krok do przodu i zaczęłam prosić tę panią, żeby mnie wzięła.
PRZECZYTAJ TEŻ: Historyczny dzwon odkryty podczas budowy drogi w Hostynnem. Może to ślad po cerkwi
I wzięła. To był 1945 rok. Przebrała mnie za chłopca i przywiozła do Lublina. To była długa podroż w wagonie towarowym. Ta pani nazywała się Miłaszewska. Na ulicy Lubartowskiej mieszkała jej siostra malarka i tam mnie umieścili. Stamtąd trafiłam do domu dziecka, który przy ul. Dolnej 3 Maja prowadziły siostry zakonne.
Skończyłam technikum telekomunikacyjne, pracowałam na poczcie w Tomaszowie Lubelskim, później z mężem przenieśliśmy się do Zamościa.
Jak się później dowiedziałam, dzieci, które zostały w krzemienieckim domu dziecka, zostały wywiezione na Syberię.
CZYTAJ: Dewastacja czy wielkie sprzątanie cmentarza? Spór o prawosławne i unickie nagrobki w Dziekanowie
Dopiero w latach siedemdziesiątych, za sprawą koleżanki z pracy, udało mi się odnaleźć rodzeństwo. Ta koleżanka miała znajomą Ukrainkę, którą poprosiła, aby pojechała do Huciska Horodyskiego i sprawdziła, czy nikt o mnie nie pytał. Bo ja przez Czerwony Krzyż próbowałam odnaleźć braci i siostrę, ale bez skutku. Okazało się, że brat Ambroży pisał do Huciska Horodyskiego listy, które do niego wracały, bo nie było adresata. Dlatego pomyślał, że ja też zginęłam.
Po trzydziestoletniej rozłące mogliśmy się znowu spotkać. Brat Wacław po wojnie trafił do Anglii, a brat Ambroży został w Austrii, gdzie przebywał na robotach i gdzie poznał swoją żonę. Siostra Józefa mieszkała w Grudziądzu, wyszła zresztą za mąż za chłopaka z Huciska. Siostra w 2002 roku pojechała w nasze rodzinne strony. Nic nie zostało po naszym domu, nic po murowanym domu naszej ciotki. Tam jest teraz las. Nie wiadomo, gdzie leżą kości naszych dwóch siostrzyczek i ojca.

Napisz komentarz
Komentarze