– Dziś szuka się winnych tam, gdzie ich nie ma – mówi w rozmowie z Medonetem dr Jarosław Mijas, kierownik Klinicznego Oddziału Pediatrii w Strzelcach Opolskich, pediatra, alergolog i pulmonolog.
I prezentuje swój pogląd na poprawę ochrony zdrowia.
Wycena świadczeń jako źródło problemu
Zdaniem samorządu lekarskiego wysokie zarobki niektórych specjalistów w placówkach publicznych mają swoje źródło w sposobie wyceny świadczeń medycznych. Dr Mijas potwierdza tę diagnozę na przykładzie własnego szpitala powiatowego, w którym funkcjonują oddziały: chirurgii, ginekologii, interny, pediatrii i położnictwa.
– Nasz oddział położniczy zajmuje drugie miejsce w województwie pod względem liczby porodów, a mimo to generuje ogromne straty, ponieważ wycena świadczeń nie pokrywa kosztów. Na położnictwie obowiązuje drugi stopień referencyjności, więc musi być odpowiednia liczba kadry, odpowiednia liczba dyżurów i dwóch ginekologów gotowych do natychmiastowego cięcia cesarskiego. Utrzymanie tego wszystkiego generuje określony koszt, którego zapłata z NFZ za porody nie równoważy – tłumaczy.
Straty z nierentownych oddziałów kompensowane są zyskami z tych, gdzie wykonuje się procedury wysokospecjalistyczne, takie jak ortopedia, kardiochirurgia czy neurochirurgia. Dyrektor placówki może w ten sposób pokryć niedobory, jeśli ma nadwyżkę w innej dziedzinie. Warunkiem jest jednak zatrudnienie specjalisty w rentownej dziedzinie, a takich brakuje – stąd rosnące stawki.
CZYTAJ TEŻ: VIP SOR, śledztwa, audyty i pytania o to, kto zawiódł. Afera w szpitalu trwa
– Logiczne byłoby przemyślenie, ile potrzeba oddziałów na terenie województwa, a te, które się dublują, przekształcić. Jednak żaden polityk się na to nie decyduje, bo obawia się, że zostanie obarczony winą. Nie ma odważnego, który by jeden z tych oddziałów zrestrukturyzował. Cały problem polega na tym, że reforma powinna zaczynać się od dołu – uważa dr Mijas.
Trzeba uregulować podstawową opiekę zdrowotną
Podstawowa opieka zdrowotna przyjmuje bardzo wielu pacjentów i jest przeciążona, przez co leczy „za mało" skutecznie. Jak zauważa rozmówca Medonetu, lekarz obsługujący 30-40 osób dziennie nie ma możliwości realnie prowadzić pacjenta. W rezultacie POZ pełni głównie funkcję wystawiania skierowań. To zaburza mechanizm działania systemu.
— Najważniejszą rzeczą jest konieczność uregulowania podstawowej opieki zdrowotnej. Kiedy byłem dzieckiem, matka brała mnie za rękę, szła do poradni i byliśmy przyjęci. W tej chwili kolejki są kilkudniowe, bo konstrukcja finansowania sprawia, że poradnie przyjmują tylu pacjentów, ilu tylko się da. Nie można tworzyć systemu, w którym lekarz przyjmuje 50 osób dziennie. Ja przyjmuję 10 i wychodzę zlany potem. Dopiero system medycyny podstawowej, w którym lekarz przyjmie 10-15 osób, jest w stanie kogoś wyleczyć – podkreśla.
Skutkiem takiej organizacji jest kierowanie pacjentów z podstawowymi problemami do szpitali, gdzie identyczne usługi kosztują kilkakrotnie więcej.
Kształcenie medyków wymaga zmian
Kolejnym obszarem wymagającym korekty jest system kształcenia lekarzy, który dostarcza starzejącemu się społeczeństwu za mało internistów. Z tego powodu oddziały chorób wewnętrznych zamykają się, a medycy, którzy decydują się w nich pozostać, mogą negocjować bardzo wysokie stawki kontraktowe.
PRZECZYTAJ: Lekarze z Tomaszowa Lubelskiego mają dość hejtu. „Za każdym lekarskim fartuchem stoi człowiek”
Wcześniej istniało tylko kilka szerokich specjalizacji, takich jak pediatria, choroby wewnętrzne czy chirurgia.
– Lekarz był pięć lat na internie, a dopiero potem szedł do dziedziny wąskiej, pod okiem doświadczonego ordynatora. Teraz mamy specjalizację modułową, czyli jest się trzy lata na internie, najczęściej w klinice uniwersyteckiej, gdzie są tłumy młodych lekarzy, za to w małych szpitalach, gdzie jest naprawdę dużo pracy, są pustki – nie ma kto pracować, bo młodzi lekarze wybierają od razu po studiach dziedziny wąskie, jak kardiologia czy neurologia – wyjaśnia.
Efektem jest sytuacja, w której pacjent z chorobą serca, mający równocześnie schorzenia naczyniowe i inne dolegliwości, nie może liczyć na kompleksową pomoc u wąsko wyspecjalizowanego kardiologa. Dawniej dobrze wykształcony internista potrafił prowadzić leczenie niewydolności krążenia, niewydolności nerek i wielu innych chorób, zanim skierował chorego do specjalisty.
Obecnie specjaliści zajmują się jednym schorzeniem lub jednym narządem, a pacjent szuka pomocy w różnych miejscach.
CZYTAJ: Dostać się do lekarza? Wielu Polaków stawia na znajomości. Alarmujące wyniki sondażu
Młodzi lekarze powinni zdobywać doświadczenie przy pacjencie
Dr Mijas zwraca uwagę, że młodzi lekarze powinni — jak dzieje się to w innych krajach — zdobywać doświadczenie przede wszystkim przy pacjencie. Tymczasem środowisko rezydentów koncentruje energię na wywalczaniu kolejnych udogodnień. Rezydenci stali się w samorządzie lekarskim grupą o dużej sile sprawczej.
— Wynegocjowali różne rzeczy. Na przykład ograniczenie liczby dyżurów do czterech w miesiącu, argumentując to zmęczeniem i obciążeniem psychicznym. Albo że pracują tylko w oddziale i nie można ich kierować na SOR czy izbę przyjęć – podkreśla dr Mijas..
I dodaje: – A ja widzę to tak: jeżeli lekarz kształci się u mnie w zakresie pediatrii i ma rezydenturę, to w moim interesie jest jak najlepiej go przygotować. I to ja jako kierownik specjalizacji powinienem decydować, gdzie on dzisiaj będzie, bo wiem, gdzie najwięcej się nauczy. Jak jest więcej pracy na SOR-ze, idzie na SOR. Jak więcej na oddziale, idzie na oddział.
Lekarze z Ukrainy to złożona sprawa
Prezydent zawetował ustawę przedłużającą lekarzom z Ukrainy możliwość wykonywania zawodu przy ograniczonej znajomości polskiego. Decyzję poprzedził apel izby lekarskiej.
Dr Mijas ocenia ma własne obserwacje.
– Z lekarzami z Ukrainy to złożona sprawa. Część z nich nie ma motywacji, żeby w pełni wejść w polski system. Rzadziej się doszkalają i wolniej uczą języka. Są oczywiście znakomite wyjątki. Mam w zespole lekarkę ze Wschodu i jest świetna. Wydaje mi się jednak, że kierunek dotyczący wymagań wobec lekarzy z zagranicy jest dobry. Jeżeli polski lekarz wyjedzie gdziekolwiek, musi przecież nostryfikować dyplom albo zdać egzamin z języka – ocenia.
Plan naprawy według dr. Mijasa
Zdaniem eksperta wnioski są jednoznaczne – jeśli uda się realnie wykorzystać większą liczbę lekarzy, system zacznie się porządkować samoczynnie. Sprawnie działający POZ ograniczyłby ucieczkę pacjentów do prywatnych gabinetów, a przemyślana sieć szpitali zapewniłaby odpowiedni poziom opieki bez konieczności doraźnego zamykania placówek z powodów finansowych.
CZYTAJ: Zarząd Powiatu nie przyjął rezygnacji dyrektora szpitala w Tomaszowie. Cenią jego pracę
– Jeżeli lekarz POZ działa i dobrze leczy, mało kto pójdzie prywatnie. Jeżeli zastanowimy się nad siecią szpitali – a nie będzie dzikiego zamykania placówek tylko dlatego, że akurat mają trudną sytuację finansową – ustalimy takie rozłożenie szpitali, aby zapewniały pacjentom odpowiedni poziom opieki. Wtedy system sam się uporządkuje i siłowe rozwiązania nie będą potrzebne; jeżeli lekarz rezydent popracuje dwa razy więcej, to tak, jakbyśmy mieli dwa razy tylu lekarzy – zauważa.
— Prof. Religa miał świetny pomysł: ustalić na danym terenie, ile i czego potrzeba, i tego się trzymać. Do tego trzeba wykorzystać w systemie rezydentów, bo to jest okres szkolenia, który powinien być czasem intensywnej pracy przy pacjencie. Lekarz specjalista to bardzo ważny i wymagający zawód – biały fartuch zobowiązuje, a wiedzy i doświadczenia nie da się zdobyć inaczej niż przy łóżku chorego – podsumowuje dr Mijas.


Napisz komentarz
Komentarze