Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
wtorek, 25 sierpnia 2026 10:43
Reklama
Reklama baner reklamowy
Chodkiewicz nie pozwala zasnąć sumieniom

Piekło w szybiku, a z ognia pod nadzór esbeków. Historia sztygara z Tarnogrodu

Tarnogród może kojarzyć się ze spokojem roztoczańskich krajobrazów, ale dla Władysława Chodkiewicza, jednego z jego mieszkańców, cisza ta ma zupełnie inny wymiar. Emerytowany górnik od lat prowadzi misję, która nie pozwala zasnąć sumieniom i nakazuje pamiętać o tych, którzy z szychty nigdy nie wrócili. Chodkiewicz pomaga też innym, którzy mierzą się z różnymi problemami, jak choćby walka z cukrzycą.
Pewnego razu, na swojej szychcie, Władysław Chodkiewicz został wysłany do gaszenia pożaru w szybiku.
Pewnego razu, na swojej szychcie, Władysław Chodkiewicz został wysłany do gaszenia pożaru w szybiku.

Autor: Archiwum Wł. Chodkiewicza

 Władysław Chodkiewicz urodził się w Zamchu, a wychowywał w Aleksandrowie, gdzie ukończył szkołę podstawową, a w Biłgoraju – Technikum Elektryczne. W wieku 18 lat wyjechał, jak sam mówi – „za chlebem” na Górny Śląsk, a konkretnie do Bytomia. Pracę podjął w tamtejszej kopalni Dymitrow jako elektromonter. W Bytomiu przepracował 10 lat. Potem przeniósł się do Bogdanki i zamieszkał w Lublinie. Pracował na kopalni, szkolił młodych górników, a 30 lat temu przeszedł na emeryturę. Już jako emerytowany górnik wydał dwie książki.

– W 1979 r. na kopalni zginęło 34 górników – wspomina Władysław Chodkiewicz. – Zginął też mój kolega, sztygar, który tego dnia był z moją zmianą, a także elektryk przodowy i elektryk z mojej zmiany. Wybuch pyłu węglowego objął około 3 km wyrobisk. Podejrzewano, że to z winy instalacji elektrycznej – w jednym z chodników wyjeżdżał kombajn AN-50 i najechał na przewód. 

Nastąpiło zwarcie, i od tego miał nastąpić wybuch pyłu węglowego. Przez pewien okres chodziłem z kontrolerami Urzędu Górniczego i Wyższego Urzędu Górniczego do przebierania tego zawału. Oni mieli nadzór, a ja musiałem być z nimi, jako znający teren kopalni. Oczywiście musiałem jeszcze prowadzić całą zmianę tego dnia. I wykluczyli hipotezę, że uszkodzenie instalacji elektrycznej było przyczyną eksplozji pyłu węglowego i śmierci 34 górników. Powód był inny. Prawdopodobnie fuszerka górnika strzałowego, który miał zlikwidować uskok na jednym z chodników – opowiada emerytowany górnik z Tarnogrodu.

Takich dramatycznych historii Władysław Chodkiewicz ma całkiem sporo pod ręką.

Władysław Chodkiewicz z Tarnogrodu wydał własnym sumptem dwie książki pt. „Tam czyhała śmierć” oraz „Przeżyłem to sam”. Opisał w nich wiele dramatycznych zdarzeń, jakich doświadczył na swojej górniczej drodze.

Piekło w szybiku

Pewnego razu, na swojej szychcie, Władysław Chodkiewicz został wysłany do gaszenia pożaru w szybiku. Gdy dotarł na miejsce, spojrzał w górę i zobaczył obraz, którego nie da się zapomnieć – cała kopuła szybiku stała w ogniu. Czerwona łuna rozświetlała mrok chodnika, a żar stawał się nie do zniesienia. Decyzja musiała być błyskawiczna. Telefon do naczelnego: „Wyłączajcie zasilanie! 6000 woltów na transformatory musi zgasnąć, inaczej zginiemy, zanim zaczniemy gasić!”.

Zaczęła się walka. Górnicy ruszyli z wężami, ale fizyka podziemi była nieubłagana. Lanie wody pionowo w górę, w zapylonym wyrobisku, zamieniło ich w mgnieniu oka w „ludzkie prosiaki” – mieszanka sadzy, pyłu i błota zalewała oczy, wdzierała się pod ubrania. Trzy razy ogień i dym brały górę. Rozgrzane, nadpalone elementy spadały z góry, a cug powietrza wypychał trujące wyziewy prosto w ich płuca. Dopiero za czwartym razem, z zaciśniętymi zębami i nadludzkim uporem, przebili się wyżej. Doszli do górnego pokładu. Ogień został zduszony. Dopiero wtedy, wycieńczeni i czarni od sadzy, zluzowały ich zastępy ratownicze.

Z ognia pod nadzór esbeków

Kiedy szybem Staszic dotarli na powierzchnię, zamiast podziękowań czekał na nich zimny prysznic rzeczywistości PRL-u. Na górze nie stali lekarze, lecz funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Esbecy weszli za nimi pod prysznice. Nie spuszczali z nich oka, nawet podczas mycia. 

PRZECZYTAJ TEŻ: Zaczęło się od Rakiety. Tysiąc zegarków kolekcjonera spod Werbkowic

Zamiast odpoczynku po traumie było 14 dni niekończących się przesłuchań. SB-cy nie szukali prawdy o pożarze – oni szukali winnego, spisku i odpowiedzi, którą wcześniej sami sobie uknuli. Władysław Chodkiewicz przetrwał ogień w szybiku, ale to te dwa tygodnie w pokojach przesłuchań stały się prawdziwym testem jego charakteru.

Upadek w dziesięciopiętrową otchłań

27 czerwca 1993 roku, niedzielny poranek, godzina 8:07. To miały być spokojne imieniny, ale zamiast życzeń i kawy ciszę rozdarł dzwonek telefonu, który każdy sztygar słyszy potem w koszmarach przez lata. Głos przodowego w słuchawce nie pozostawiał złudzeń: „Sztygar, Krakowiak wjechał do zbiornika!”

To brzmiało jak wyrok śmierci. Zbiornik na węgiel to gigantyczna, pionowa paszcza. Krakowiak runął w dół z wysokości odpowiadającej 10. piętru bloku. W kopalnianym systemie to czarna dziura – bez drabin, bez dostępu, wypełniona jedynie mrokiem.

PRZECZYTAJ: Pierwsze sukcesy Kryształu Werbkowice. W cyklu "Historia piłki nożnej"

Wyścig z czasem, walka z materią

Zastępy ratownicze były w pełnej gotowości. Władysław Chodkiewicz, jako dowodzący akcją, od której zależało życie człowieka, podejmował decyzje. Akcja ratownicza była improwizacją pod presją. Każda minuta decydowała o tym, czy kręgosłup poszkodowanego wytrzyma. Nie można było użyć krzesełka – Krakowiak musiał wyjechać na sztywnych noszach. Pojawił się problem: góra zbiornika była zakryta blachą. „Palnikiem nie weźmiesz!” – wspomina Chodkiewicz. Iskry i ogień nad człowiekiem leżącym na węglu to prosty przepis na kolejną katastrofę. Zamiast nowoczesnej technologii, w ruch poszły mięśnie i stal – młotek i przecinak. W potwornym hałasie, uderzenie po uderzeniu, ratownicy rwali blachę, by otworzyć drogę do ratunku. Po dwóch godzinach morderczego wysiłku Krakowiak był już w karetce.

Kiedy lekarze zbadali poszkodowanego, nikt nie mógł uwierzyć w raport. Upadek z wysokości 30 metrów powinien zmiażdżyć człowieka. Tymczasem bilans był wręcz nieprawdopodobny: zdarty naskórek na policzku i pęknięta śledziona. Życie uratował mu... usypany na dnie zbiornika stożek miału węglowego. Miękki pył zadziałał jak poduszka powietrzna, zamortyzował uderzenie, które powinno być śmiertelne.

Praca górników pod ziemią należy do wyjątkowo niebezpiecznych – czasami jedna iskra może doprowadzić do eksplozji, która pod pokładami węgla pogrzebie górników pracujących w podziemnych korytarzach.

Finał tej historii ma dwa oblicza. „Policja górnicza” była nieubłagana. Choć akcja się udała, zasady bezpieczeństwa zostały złamane. Przodowy, odpowiedzialny za pomocnika, zapłacił najwyższą zawodową cenę – został natychmiast zwolniony z pracy. Natomiast Krakowiak, żywy i w miarę zdrowy, do dziś przechadza się po kopalnianej łaźni, żartując, że renta powypadkowa to całkiem niezły prezent za ten „lot” do zbiornika. A Władysław Chodkiewicz za zimną krew, błyskawiczne decyzje i sprawną akcję ratunkową otrzymał oficjalną pochwałę.

To właśnie te doświadczenia sprawiły, że książka Władysława Chodkiewicza pt. „Tam czyhała śmierć” ma spory ładunek autentyczności. Chodkiewicz rzuca czytelnika prosto w mrok chodników kopalnianych, gdzie linia między życiem a śmiercią jest cieńsza niż nitka. Książka jest swoistym hołdem dla kolegów po fachu. Autor, sam czując na plecach oddech „czarnej pani”, przelał na papier strach, ale i niezłomną górniczą solidarność.

Społecznik z krwi i kości

Choć górniczy mundur Chodkiewicza spoczął w szafie, on sam nie przeszedł na emeryturę od bycia człowiekiem. W Tarnogrodzie i okolicach znany jest jako tytan pracy społecznej. Jego aktywność jest dowodem na to, że „górniczy hart ducha” przekłada się na realne działanie dla lokalnej wspólnoty. Pierś tarnogrodzkiego społecznika zdobią liczne odznaczenia, będące dowodem uznania na szczeblu regionalnym i państwowym.

PRZECZYTAJ: Uwięzieni w „holenderskim szrocie”. Czy pasażerowie ze wschodniej Polski to podróżni drugiej kategorii?

Działalność społeczna Władysława Chodkiewicza to druga, równie intensywna „szychta”, za którą został uhonorowany najważniejszymi odznaczeniami w kraju. Jego walka o zdrowie i godność drugiego człowieka zyskała uznanie na najwyższych szczeblach władzy. Prezydent RP nadał Chodkiewiczowi Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności społecznej i zawodowej. 

To jedno z najwyższych cywilnych odznaczeń państwowych. W 2013 roku otrzymał tytuł Społecznika Roku – prestiżowe wyróżnienie przyznane w konkurencji z przedstawicielami ponad 500 oddziałów organizacji społecznych z całej Polski. Kryształowy Koliber jest szczególnym wyróżnieniem przyznanym osobiście przez Prezesa Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków (PSD). 

To dowód najwyższego uznania za organizację obchodów Światowego Dnia Walki z Cukrzycą w Tarnogrodzie. Jako osoba od 23 lat zmagająca się z cukrzycą, Władysław Chodkiewicz stał się ambasadorem chorych, organizując cykliczne wydarzenia pod patronatem Wojewody Lubelskiego.

O swojej pracy, różnych dramatycznych zdarzeniach, a także o działalności społecznej Władysław Chodkiewicz wkrótce opowie uczestnikom spotkania w Centrum Kultury i Sportu w Adamówce na Podkarpaciu.
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Dyktatura 07.04.2026 08:27
Wcześniej KLD, Pedofilię Obywatelską zakładali SBecy oficerowie Olechowski Płażyński i konfident ps OSKAR, teraz jak ktoś idzie z psem to domyślnie przyjaciel czy KOchanek

Kronika Tygodnia

Chcesz częściej widzieć nasze newsy?

Dodaj Kronikę Tygodnia do preferowanych źródeł w Google i bądź bliżej najważniejszych spraw z regionu.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Baner reklamowy B1 firmy WORK CENTRE
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: Grzesko Treść komentarza: Zanim wprowadzi się nowy wzór tablic wypadałoby sprawdzić czy wszyscy dotychczasowi użytkownicy skróconych nr rej. powinni je mieć. A to dlatego, że spora część samochodów posiadających takie tablice ma miejsce na tablicę o normalnym rozmiarze, a tylko właściciel takiego auta podając we wniosku rej. "pochodzenie auta np. z USA" wymuszał wydanie małych tablic. Dlaczego? Bo wśród posiadaczy niektórych marek jest snobistycznie "dobrze widziane" posiadanie "małych tablic". Data dodania komentarza: 24.08.2026, 12:54 Źródło komentarza: Zmiana układu znaków na tablicach rejestracyjnych. Zaskakujący powód Autor komentarza: Kierowca zaw. Treść komentarza: Takich kierowcow bez wyobrazni na drodze trzeba koniecznie eliminowac zeby juz wiecej nigdy nie zasiedli za kierownica danego pojazdu . Mam styczność obserwować to na codzien!. Kochani to pomstwa do nieba jak jezdza bez wyobrazni mlodzi kierowcy za fajera ! Data dodania komentarza: 24.08.2026, 10:35 Źródło komentarza: BMW z impetem wbiło się w drzewo w Różańcu Pierwszym Autor komentarza: Emeryt. Treść komentarza: Takich typów bezszczelnych nie ma co żałować i eliminowac ze środowiska ! Glupie wytłumaczenie ze zrobil to dla żartów . To widac na codzien jak zachowuje sie to dranstwo . Ostatnio w Krakowie zamordowano młodego chłopaka ze był niby kibolem ! Data dodania komentarza: 24.08.2026, 09:30 Źródło komentarza: 23-latek z Tomaszowa Lubelskiego planował zamach na czołowych polityków [FILM] Autor komentarza: Z Treść komentarza: Mądry ten 42-latek. Data dodania komentarza: 24.08.2026, 08:53 Źródło komentarza: 11-latka za kierownicą quada! O krok od tragedii na Roztoczu Autor komentarza: Michał Treść komentarza: W tych gdeszynach to rzadko by nie wiało a jak już ma przyjść huragan to wtedy tragedia. Data dodania komentarza: 24.08.2026, 07:29 Źródło komentarza: Burza nad powiatem zamojskim. 31 interwencji strażaków Autor komentarza: Biłgorajka Treść komentarza: Tyle ginie młodych kierowców Data dodania komentarza: 23.08.2026, 22:17 Źródło komentarza: BMW z impetem wbiło się w drzewo w Różańcu Pierwszym
Reklama
Reklama
Reklama