Jak Panią podeszli?
– To było po ostatnich świętach wielkanocnych. Telefon zadzwonił o 9 rano, a oszust trzymał mnie w szachu do 14. Głos w słuchawce przedstawił się jako Rafał Lawenda, funkcjonariusz z komendy przy ul. Wyszyńskiego. Podał nawet numer legitymacji. Powiedział: „Proszę pani, jest atak hakerów na Zamość i my tu mamy tajną obławę... Ja jestem do pani przeznaczony i bronię pani pieniędzy”.
CZYTAJ: Za miłość do miasta i morza. Janina Gąsiorowska została Honorowym Obywatelem Zamościa
Manipulacja była niezwykle silna. Kazano Pani nawet kłaść mokry ręcznik pod drzwi?
– Tak! Oszust twierdził, że hakerzy będą mnie „zagazowywać” przez szpary w drzwiach. On grał na moim skrajnym przerażeniu. Potem wysłał mnie do banku, żebym wzięła dane do konta elektronicznego. Cały czas miałam komórkę w kieszeni, on słyszał każdy mój krok. Kiedy zaczęłam nabierać podejrzeń i chciałam zadzwonić na numer 112, on rzekomo mnie połączył. Głos w słuchawce potwierdził: „Proszę pani, to jest nasz pracownik. On jest przydzielony do pani”. To była pułapka. Dopiero później zrozumiałam, że cały czas byłam połączona z tą samą szajką. Przez pięć godzin byłam „aresztowana telefonicznie”.
Co sprawiło, że w końcu udało się przerwać tę gehennę?
– W pewnym momencie oszust zaczął na mnie krzyczeć, grozić prokuratorem i aresztem, bo nie chciałam podać numeru konta. Ja już w ogóle zdębiałam, już nie wiedziałam, co ja mam ze sobą robić. Na szczęście udało mi się jakoś dodzwonić do pana Piotra Błażewicza, przewodniczącego Rady Miasta Zamość i dyrektora Pogotowia Ratunkowego. On natychmiast wezwał policję. Prawdziwą. Musieli podać umówione hasło, żebym ich w ogóle wpuściła do środka...
Dziś Pani nie milczy, ale aktywnie ostrzega innych seniorów. Co jest najważniejsze w starciu z takimi ludźmi?
– Przede wszystkim: nie wierzcie nikomu na słowo przez telefon. Człowiek traci głowę i rozum i nie wie, co się z nim dzieje. Oszuści potrafią nawet podrobić głos bliskiej osoby – dwa lata temu słyszałam w słuchawce mojego syna, który rzekomo spowodował śmiertelny wypadek, a on był wtedy bezpieczny na innym kontynencie.
CZYTAJ TEŻ: Zamość: Oko w oko z matką chrzestną
Jak do tego doszło?
– To było przerażające. O pierwszej w nocy zadzwonił telefon. Głos w słuchawce przedstawił się jako komendant policji i oświadczył, że mój syn śmiertelnie potrącił na przejściu dla pieszych młodą kobietę w ciąży. Powiedział, że syn jest aresztowany, grozi mu wieloletnie więzienie, ale jeśli pomogę finansowo, to on jako komendant wyciszy sprawę. Byłam półprzytomna ze snu, roztrzęsiona. Zażądałam rozmowy z synem. Oszust przekazał słuchawkę i usłyszałam głos identyczny jak mojego syna: „Mamo, to ja! Jestem aresztowany, nie wypuszczą mnie! Zbieraj wszystkie pieniądze z domu, potrzeba ponad 400 tysięcy, bo zostanę w więzieniu na całe życie!”. Coś w środku podpowiedziało mi, że mój syn jest zbyt dobrym kierowcą, by zrobić coś takiego. Powiedziałam fałszywemu komendantowi, że muszę wykonać pilny telefon i zadzwoniłam bezpośrednio za granicę, do syna. Odebrała synowa i natychmiast mnie uspokoiła, że wszystko z synem jest OK. Gdy oszust zorientował się, że dzwonię do rodziny, natychmiast się rozłączył.
A jeszcze wcześniej też miała Pani bolesne doświadczenia z przestępcami…
– W 1986 roku któregoś dnia wróciłam z pracy, otworzyłam mieszkanie i przeżyłam głęboki szok. Wszystkie ubrania i książki leżały porozrzucane na środku pokoi. Złodzieje opróżnili nawet kuchenne śmietniki. Zabrali złotą biżuterię. Ocalała jedynie złota bransoletka, pamiątka z chrztu statku w Argentynie, ponieważ znajdowała się w podłużnym pudełku przypominającym etui na długopis i złodzieje go nie otworzyli. Oprócz złota wynieśli z barku dwa dobre koniaki oraz... pudełko aspiryny Bayer, więc może któryś z nich był chory albo uzależniony. Weszli wtedy pasówkę, czyli przy pomocy podrobionego klucza. Milicja kompletnie zignorowała sprawę. Dwadzieścia osiem lat później, w październiku 2014 roku, koszmar powrócił. Wyjechałam z domu na zaledwie dwie godziny. Gdy wróciłam, zamek w drzwiach był całkowicie wyłamany. To było włamanie „na chama”. Znowu zrobili „miszmasz” w mieszkaniu i ukradli biżuterię, którą z trudem dokupiłam po pierwszym włamaniu – łańcuszek, krzyżyk, obrączki. Najbardziej bolało, że tym razem ukradli pamiątkową bransoletkę z Buenos Aires z grawerunkiem „Ziemia Zamojska – 2 lutego 1984 roku”. Policja znowu umorzyła sprawę z powodu niewykrycia sprawców. Zostałam bez niczego. Nie noszę złota, bo już nic nie mam. Nawet jak mi się jęczmień na oku pojawił, to nie miałam go czym wywabić.
CZYTAJ TEŻ: Zamość: Seniorka spakowała 50 tys. zł w reklamówkę i wyrzuciła przez balkon. Oszust zgarnął kasę
To były traumatyczne doświadczenia. Jak bronić się przed oszustami? Może coś chciałaby Pani przekazać seniorom?
– Po pierwsze, zastrzeżcie swój numer PESEL w Urzędzie Miasta. To sprawi, że nikt nie wypłaci waszych pieniędzy ani nie weźmie kredytu. Po drugie, nie odbierajcie telefonów o numerach dłuższych niż dziewięć cyfr. I po trzecie, korzystajcie z opasek bezpieczeństwa z przyciskiem SOS, które oferuje MCPR – sama składałam projekt ich wprowadzenia. Oszuści celowo krzyczą, straszą prokuratorem, aresztowaniem i zmuszają do natychmiastowego działania, by ofiara straciła zdolność racjonalnego myślenia. Nie traćcie głowy tak jak ja traciłam... Przeszłam gehennę i to się bardzo odbija na zdrowiu. W tym świecie trzeba mieć uczciwość w środku, ale ogromną czujność na zewnątrz.
Dziękuję za rozmowę.

Napisz komentarz
Komentarze