W tym roku największe szkody w sadach wyrządziła fala przymrozków między 20 a 30 kwietnia. Temperatury w całej Polsce spadały wtedy miejscami nawet do –10 stopni Celsjusza. Drzewa znajdowały się w fazie kwitnienia lub zawiązywania owoców – to był więc najgorszy moment.
Skutki tych przymrozków są różne w zależności od wielkości gospodarstwa i struktury nasadzeń.
Mróz chodził pasami
Mniejsi producenci często odczuwają straty znacznie dotkliwiej niż duże gospodarstwa. W powiecie tomaszowskim najwięcej sadów jest na terenie gmin Bełżec i Łaszczów.
Danuta Lipian ze Steniatyna-Kol. od kilkudziesięciu lat z rodziną prowadzi sad. Kiedyś mieli jabłonie na kilku hektarach, teraz już tylko na jednym.
– Nie spodziewaliśmy się nawet, że mogą być aż takie straty. U nas komisja uznała około 90 proc. strat – mówi pani Danuta.
– Ten mróz bardzo dziwnie chodził, jakby pasmami. W efekcie niektóre odmiany mają jabłka tylko na górze drzewa, na innych nie ma nic przy dole. Są też takie, gdzie w ogóle nie ma ani jednego jabłuszka – opowiada.
Podobne obserwacje ma po sąsiedzku Andrzej Miazga – z kolei największy sadownik w powiecie tomaszowskim i gminie Łaszczów (ok. 25 ha).
– To nie był zwykły przymrozek przy gruncie. Zimne powietrze schodziło z góry, dlatego ucierpiały również sady położone na wzniesieniach, które zazwyczaj są bezpieczniejsze – opisuje pan Andrzej.
PRZECZYTAJ TEŻ: Zespół „Zazulejki” z Bełżca z Nagrodą Baszty. Wielki sukces na Festiwalu w Kazimierzu Dolnym
Najbardziej ucierpiały odmiany zimowe
Oboje relacjonują, że największe straty dotyczą odmian zimowych, które zwykle stanowią podstawę dochodów gospodarstw.
– Wszystkie odmiany zimowe praktycznie zniknęły. Jonagoldy, Idaredy, Red Delicious. Tych jabłek po prostu nie ma – mówi Danuta Lipian.
– Red Delicious – ta odmiana zakwita bardzo równomiernie. Kiedy przyszedł mróz, praktycznie wszystkie kwiaty były w tej samej fazie rozwoju. To przesądziło o skali strat – tłumaczy Andrzej Miazga.
Tam, gdzie owoce się zachowały, często pochodzą z późniejszych kwiatów.
– Najładniejsze jabłko wyrasta z tak zwanego kwiatu królewskiego. To pierwszy kwiat, który daje najlepszy owoc. Późniejsze kwiaty zawiązały, ale te jabłka są już mniejsze i mniej dorodne – wyjaśnia pani Danuta.
CZYTAJ TEŻ: 44. Piesza Pielgrzymka z Bełza na Jasną Górę rusza pod hasłem „Pielgrzymi Nadziei”
W sadach w Bełżcu straty sięgają ponad 50 proc.
– Ucierpiały również grusze, wiśnie i truskawki. W przypadku truskawek zebraliśmy jedną czwartą tego, co rok wcześniej. Od piętnastu lat takiej klęski nie pamiętam – przyznaje Elżbieta Kuśmierczak.
Kwietniowe przymrozki najmniej „odbiły się” na odmianach letnich, choć i tam plony są wyraźnie mniejsze niż przed rokiem.
Nic nie mogli zrobić
Czy uprawy da się chronić przed wiosennymi przymrozkami? Czasami tak. Sprawdzonych jest kilka metod, m.in. okrywanie mniejszych plantacji agrowłókniną izolującą ciepło czy zraszanie – ten proces uwalniania ciepła podczas zamarzania wody.
Elżbieta Kuśmierczak mówi, że to działa, ale na mniejszym areale, bo zraszanie trzeba kontynuować nieprzerwanie, by nie pozwolić wodzie zamarznąć na pączkach drzew. Inaczej można drzewom tylko bardziej zaszkodzić. Skuteczne bywa też ogrzewanie pochodniami sadowniczymi, świecami czy ogniskami, co podnosi temperaturę powietrza bądź też zadymianie, bo gęsty dym spowalnia wychładzanie gleby i tworzy osłonę termoizolacyjną.
PRZECZYTAJ: Bełżec: Wreszcie jest gdzie targować. Handlujący i mieszkańcy są zadowoleni [ZDJĘCIA]
– Przy dużych spadkach temperatur nie ma to jednak sensu. Jeśli byłoby minus 5 stopni, to może udałoby się podnieść temperaturę o 2 stopnie. Wtedy uratujemy sad, ale przy mrozie większym, gdy dalej po ogrzaniu będzie ponad 6 stopni na minusie, to już nic nam nie da – mówi sadowniczka z Bełżca.
Ogniska w sadzie miała okazję wypróbować lata temu.
– To był życiowy koszmar. Całą noc byliśmy na polach. Ale więcej było strachu, żeby nie spalić drzew albo sąsiadów, niż pożytku z tego. Nigdy więcej tego nie robiliśmy – wspomina.
Zysk pod znakiem zapytania
Sadownicy zwracają uwagę na to, że koszty produkcji są rekordowo wysokie.
– Paliwo kosztuje około siedmiu złotych za litr, nawet po dopłacie wychodzi około sześciu. Do tego nawozy i środki ochrony roślin są bardzo drogie. Koszty produkcji są przeogromne – tłumaczy pani Ela.
Jej zdaniem w tym roku trudno będzie mówić o zarobku.
– Na pewno odzyskamy część pieniędzy, które włożyliśmy w produkcję, ale o inwestycjach czy większym zysku nie ma co marzyć – dodaje.
Problemem są także zawarte wcześniej umowy z przetwórniami.
– Najpierw trzeba wywiązać się z zakontraktowanych dostaw. Dopiero to, co zostanie, można sprzedać bezpośrednio klientom. Ale przy takich zbiorach często nie zostaje już praktycznie nic – tłumaczy.
Protokoły o szacowaniu strat
Wszystkim w podobnej sytuacji pozostaje walczyć jeszcze o rekompensatę. Choć, jak mówią nasi rozmówcy, te nie będą wielkim wsparciem. Wnioski o szacowanie strat składane były do gmin. W Bełżcu wpłynęło ich 7, w Łaszczowie – 23, w Telatynie aż 29. To nie znaczy jednak, że każdy składający dostanie rekompensatę.
PRZECZYTAJ: Stawy Echo mogą wyschnąć! Rekordowy upał i susza w Roztoczańskim Parku Narodowym [ZDJĘCIA]
– Spośród zgłoszonych gospodarstw jedynie w trzech przypadkach oszacowane szkody przekroczyły 30 proc. średniej rocznej produkcji rolnej w gospodarstwie. Wynika to z faktu, że wysokość strat jest wyliczana w odniesieniu do całego gospodarstwa rolnego, a nie wyłącznie do powierzchni upraw dotkniętych przymrozkami. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli szkody w konkretnej uprawie były znaczne, po przeliczeniu ich w stosunku do całkowitej produkcji gospodarstwa wskaźnik strat w większości przypadków nie przekroczył 30 proc. – wyjaśnia nam pracownik UG Telatyn.
Całą procedurę opisuje Katarzyna Piróg z Urzędu Miejskiego w Łaszczowie:
– Straty szacuje komisja powołana przez wojewodę, np. na wniosek złożony w urzędzie gminy. Po oszacowaniu komisja przekazuje protokół wojewodzie, który zatwierdza protokoły szacowania szkód, jeśli straty w całym gospodarstwie przekraczają próg 30 proc. średniej rocznej produkcji rolnej. Dotyczy to zarówno klęsk szacowanych przez komisje gminne, jak i szkód spowodowanych suszą. W przypadku suszy wniosek składa się przez publiczną aplikację – tłumaczy.
Czy jabłka będą droższe?
Sadownicy ostrożnie podchodzą do prognoz dotyczących cen.
– Przypuszczam, że ceny jabłek w detalu mogą wzrosnąć o około złotówkę, oscylując w granicach 5 zł za kilogram. Mamy nadzieję, że cena faktycznie będzie wyższa, ale jeśli dalej będzie wysoki import z Unii i z Ukrainy, to się wszystko wyrówna – kalkuluje Ela Kuśmierczak.
Zwraca uwagę, że podobna sytuacja miała już miejsce na rynku czereśni.
– Widzieliśmy, jak czereśnie z Serbii zalały rynek. Część sprzedawano jako lokalne. Klient często nie ma możliwości sprawdzić, skąd naprawdę pochodzą owoce – zauważa.
Andrzej Miazga uważa nawet, że mówienie o klęsce może przynieść odwrotny skutek.
– Jeżeli cały czas mówi się o braku jabłek, sieci handlowe zaczynają wcześniej szukać towaru za granicą. To później odbija się na cenach polskich owoców – ocenia.
Jednocześnie zauważa, że od kilku lat polskie sadownictwo zmaga się z nadprodukcją.
– Mamy potencjał produkować około pięciu milionów ton jabłek. Jeżeli ubyło półtora miliona ton, to może rynek będzie łatwiej zagospodarować i ceny częściowo zrekompensują straty – mówi.
Jak będzie, czas pokaże. Zbiory dopiero się zaczynają. Przed sadownikami wciąż dużo stresu, także tego związanego z pogodą.
– To, co jest jeszcze na drzewach, nie znaczy, że już jest nasze i można się cieszyć. Dopóki jabłko nie trafi do przechowalni, nie możemy mówić, że je mamy. Czasem jabłka są zebrane w skrzynie i złożone na paletach, a przyjdzie grad i je zbije i trzeba wyrzucać – dodaje na koniec pani Danuta.


Napisz komentarz
Komentarze