Ostrygi to chyba najbardziej znany symbol kulinarnego erotyzmu. Już Casanova miał je uwielbiać, co tylko wzmocniło ich reputację. Z naukowego punktu widzenia zawierają one sporo cynku – pierwiastka ważnego dla prawidłowej produkcji testosteronu i funkcjonowania układu hormonalnego. Problem w tym, że efekt nie jest natychmiastowy. Jedna kolacja z ostrygami nie sprawi, że libido wystrzeli w kosmos. Dietetycy podkreślają: owszem, cynk jest ważny, ale działa długofalowo, jako element zbilansowanej diety, a nie magiczny zapalnik namiętności.
PRZECZYTAJ TEŻ: Walentynkowe oszustwa. Jak nie stracić naszych pieniędzy?
Słodka iluzja szczęścia
Czekolada – zwłaszcza gorzka – często trafia na listy afrodyzjaków. Zawiera teobrominę, magnez i niewielkie ilości fenyloetyloaminy, związku kojarzonego z uczuciem zakochania. Brzmi obiecująco? W praktyce ilości tych substancji są zbyt małe, by realnie wpłynąć na pożądanie. Za to cukier i kakao poprawiają nastrój, pobudzają wydzielanie endorfin i… po prostu sprawiają przyjemność. A dobry nastrój to już połowa sukcesu.
Ogień na talerzu
Chili działa bardziej „tu i teraz”. Kapsaicyna, odpowiedzialna za ostrość, przyspiesza tętno, rozszerza naczynia krwionośne i wywołuje uczucie ciepła. Organizm reaguje podobnie jak na ekscytację – pojawia się rumieniec, przyspieszony oddech, lekka euforia. To jednak bardziej reakcja fizjologiczna niż stricte erotyczna. Efekt? Można poczuć się pobudzonym, ale równie dobrze… spoconym i spragnionym szklanki wody.
Efekt placebo przy świecach
I tu dochodzimy do sedna. Współczesna dietetyka jest dość zgodna: większość afrodyzjaków działa głównie przez efekt placebo. Jeśli wierzymy, że dana potrawa „rozgrzewa zmysły”, nasz mózg chętnie podąży za tą sugestią. Kolacja przy świecach, nastrojowa muzyka, wspólne gotowanie – to one tworzą atmosferę bliskości. Jedzenie staje się symbolem, pretekstem do celebracji i uważności na drugą osobę.
Nauka czy sugestia?
Afrodyzjaki rzadko działają jak farmakologia. Znacznie częściej są elementem kultury, rytuału i gry skojarzeń. Ostrygi, czekolada czy chili mogą wspierać dobre samopoczucie, ale prawdziwa magia dzieje się w głowie. I być może właśnie dlatego „menu miłosne” wciąż działa – nie dlatego, że ma supermoc, lecz dlatego, że daje nam pretekst, by zwolnić, skupić się na zmysłach i… na sobie nawzajem.

Napisz komentarz
Komentarze