Jak krzyże jechały do Porycka

  • 10.01.2018, 06:00 (aktualizacja 10.01.2018 06:47)
Jak krzyże jechały do Porycka
Na cmentarzu w Porycku znajdowało się wysypisko śmieci, pasły się krowy, na dodatek rozpoczęto budowę młyna. Dzięki zaangażowaniu Stanisława Filipowicza budowa młyna została wstrzymana, uporządkowano cmentarz, na którym spoczęły szczątki pomordowanych Polaków. Z Zamościa przywieziono trzy duże metalowe krzyże. Jak dotarły na Ukrainę?

Stanisław Filipowicz urodził się w 1928 r. w Porycku w województwie wołyńskim. W położonym nad rzeką Ługą miasteczku przed II wojną światową mieszkało około 2,5 tys. mieszkańców. Obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi. 11 lipca 1943 r. – podczas "krwawej niedzieli" – pan Stanisław cudem uniknął rzezi w swoim kościele.

Podczas nabożeństwa świątynia została otoczona przez uzbrojonych banderowców. Rozpoczęła się strzelanina. Zgromadzonych w świątyni Polaków ogarnęło przerażenie. Niektórzy w panice próbowali uciec. Kule dosięgły ich na zewnątrz. Po jakimś czasie oprawcy weszli do kościoła. – Widziałem jak upadł ksiądz Szawłowski –wspominał pan Stanisław.

Chodziło o ks. proboszcza Bolesława Szawłowskiego, który zginął przy ołtarzu. Wierni, których nie dosięgły kule bandytów, zaczęli się chronić, gdzie tylko kto mógł: we wnękach, za filarami. – Ja z matką schroniłem się pod ścianą za filarem – opowiadał Stanisław Filipowicz. – W pewnym momencie bandyci zaczęli wnosić do kościoła słomę. Umieszczono w niej materiały wybuchowe. W gorącej modlitwie prosiłem Boga, bym zginął podczas ucieczki, trafiony w plecy.

Bóg miał inne plany

Pan Stanisław przeżył, zginęli za to jego najbliżsi. – Rano ojciec wraz ze znajomymi wykopali na cmentarzu mogiłę – wspominał były mieszkaniec Porycka. – Tam położono moją matkę, dwie siostry i siostrzenicę. Umarłych zakryto deskami i zasypano ziemią. Odmówiliśmy modlitwę i wróciliśmy do domu.

W kościele zginęło wówczas około 200 Polaków. Stanisław Filipowicz, który po wojnie trafił do Zamościa (pracował w II LO w Zamościu, działał w "Solidarności", a po wprowadzeniu stanu wojennego był internowany), dopiero na początku lat 90. ub. wieku wybrał się w rodzinne strony.

To już nie był Poryck, tylko Pawliwka. Po zabytkowym kościele pw. Trójcy Świętej i Michała Archanioła z połowy XVIII wieku nie było śladu. Po wojnie został wyburzony. Na pobliskim cmentarzu znajdowało się wysypisko śmieci, pasły się krowy, a na dodatek rozpoczęto budowę młyna. – Skoro Bóg mnie ocalił, to widocznie po to, abym wypełnił konkretną misję – pomyślał pan Stanisław.

Od tamtej pory – nie szczędząc sił i środków – zaczął regularnie jeździć na Wołyń. Dzięki zaangażowaniu pana Stanisława budowa młyna została wstrzymana, uporządkowano i ogrodzono cmentarz, a z Zamościa przywieziono – nie bez kłopotów – trzy metalowe krzyże. Jak do tego doszło?

Na pamiątkę rzezi

Jerzy Łyczek pracował w zamojskich Pracowniach Konserwacji Zabytków (PKZ). Był kierownikiem pracowni projektowej. To do niego w pierwszej połowie lat 90. ub. wieku zgłosił się Stanisław Filipowicz z prośbą o zaprojektowanie pomnika upamiętniającego rzeź Polaków w poryckim kościele. – W pracowni miałem siedmiu architektów, dla których ogłosiłem konkurs na koncepcję pomnika upamiętniającego te wydarzenia – wspomina Jerzy Łyczek. – Spośród siedmiu koncepcji prof. Filipowicz wybrał opracowanie mgra inż. Zbigniewa Jendrzejczaka przedstawiające trzy krzyże stalowe o wysokości 10 m na postumencie murowanym. Zbyszek jako jedyny nawiązał do solidarnościowych trzech krzyży gdańskich.

Do dalszego opracowania Stanisław Filipowicz zlecił projekt architektoniczny Piotrowi Kubisiakowi, a wykonanie konstrukcji – Czesławowi Dziubie. Krzyże powstały w jednym z warsztatów ślusarskich przy ul. Lipowej w Zamościu.

Kwestią otwartą pozostawał ich transport na Ukrainę, bo pozwolenie władz ukraińskich na ich ustawienie Stanisławowi Filipowiczowi udało się – nie bez trudu – uzyskać. Zadania podjął się PKS w Zamościu. To mógł być rok 1993 albo 1994.

Autobus się zepsuł

Pierwsza próba przewiezienia trzech monumentalnych krzyży przez przejście graniczne w Zosinie spaliła na panewce. – Ciężarowy star z naczepą wrócił do Zamościa – wspomina Adam Waga, który w tamtym okresie był dyrektorem PKS w Zamościu. – Służby graniczne Ukrainy nie zezwoliły na wjazd. Kierowca usłyszał od nich, że tylko samochody specjalne mogą przekraczać granicę z takim ładunkiem.

W tym czasie z Zamościa do Czerwonogradu i z powrotem regularnie kursował autobus pasażerski. Szef zamojskiego PKS-u postanowił użyć fortelu. – Wziąłem na stronę szofera, którym był nieżyjący już Kazio Kmiecik, i powiedziałem mu, żeby po zakończeniu kursu w Czerwonogradzie przekazał Ukraińcom, że autobus się zepsuł, a następnie nas poprosił o pomoc – opowiada Adam Waga.

Trzeba było działać błyskawicznie, bo podróżni czekali na kurs powrotny. 

Więcej w e-wydaniu i papierowym wydaniu Kroniki Tygodnia.

Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz Regulamin serwisu Kronika Tygodnia. Grupa Wydawnicza SŁOWO sp z o.o. z siedzibą w mieście stołecznym Warszawa (ul. Chocimska 3A, 00-791 Warszawa) jest administratorem twoich danych osobowych, dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne. Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe