Zamojskie ulice: Bazyliańska. Na bazarze i w świątyni

  • 18.06.2019, 07:18
  • Bogdan Nowak
Zamojskie ulice: Bazyliańska. Na bazarze i w świątyni Fot. ze zbiorów Adama Gąsianowskiego Skrzyżowanie ulicy Bazyliańskiej i Staszica. Lata 30. ub. wieku.
Ulica Bazyliańska jest najdłuższa na Starym Mieście (ma ponad 420 metrów). Kiedyś kojarzyła się ona głównie z popularnym zielonym rynkiem, gdzie tętniło życie handlowe i towarzyskie. Przy ul. Bazyliańskiej stoi także stara synagoga, Dom Centralny oraz zabytkowy kościół pw. św. Mikołaja.

Zielony rynek był w czasach PRL-u ważnym miejscem. Można było tam kupić mleko, śmietanę, jaja, owoce, płody rolne. Sprzedawano też starocie – wspomina Jerzy Cabaj, fotograf, wydawca i miłośnik przyrody z Zamościa. – Pracował tam także szewc. To miejsce miało charakterystyczny, jarmarczny charakter. Teraz jest ono zabudowywane (powstaje tam apartamentowiec – przyp. red.). Szkoda, bo dawne targowisko przywoływało wiele wspomnień.

Nie zawsze są one... estetyczne. Dlaczego? Na zielonym rynku i w jego sąsiedztwie można było kupić m.in. rąbankę (chodzi o mięso porąbane z kośćmi), kiełbasę czy inne wędliny. Warunki, w których je sprzedawano, pozostawiały wiele do życzenia. 

Szczęśliwy o higienie nie myśli 

– Pamiętam, że po tym mięsie maszerowały muchy... Klienci byli jednak zadowoleni i kupowali towar chętnie – wspomina Jerzy Cabaj. – Nabiał zresztą także sprzedawano w podobnych, prowizorycznych warunkach. A jednak nie słyszało się, żeby to komuś zaszkodziło, żeby ludzi atakowały bakterie salmonelli! Zamość był mały. Na pewno ludzie by o tym wiedzieli. Jak to jest zatem możliwe? 

Jerzy Cabaj ma pewną teorię na ten temat. – Bywało, że wędlinę trudno było w normalnych sklepach dostać. Jeśli ktoś kupił zatem kilogram lub więcej szynki, był z tego powodu szczęśliwy i nie myślał o higienie czy jakichś dolegliwościach – tłumaczy z uśmiechem. 

Bartłomiej Sęczawa, artysta-plastyk z Zamościa także z sympatią wspomina zamojski zielony rynek. – Tam, jeszcze w latach 80. można było kupić niemal wszystko – opowiada. – Na straganach oferowano zabawki, sadzonki, jakieś nasiona do ogródków, duże i małe kosze wiklinowe, wieńce na groby, a przed świętami Bożego Narodzenia także choinki. Obok były owoce, szkolne zeszyty, wszystko. Piękne to było, swojskie, takie po prostu ludzkie. Na rynku wszyscy mogli sobie jakoś dorobić do pierwszego i spotkać znajomych. To był zupełnie inny klimat niż w dzisiejszych marketach czy hipermarketach.

Cały artykuł dostępny tylko w papierowym i e-wydaniu Kroniki Tygodnia

Bogdan Nowak
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (5)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz Regulamin serwisu Kronika Tygodnia. Grupa Wydawnicza SŁOWO sp z o.o. z siedzibą w mieście stołecznym Warszawa (ul. Chocimska 3A, 00-791 Warszawa) jest administratorem twoich danych osobowych, dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne. Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Guru33
Guru33 23.06.2019, 23:57
Jakość śmietany sprawdzało się ołówkiem chemicznym.Na ryneczku był też zakład naprawy telewizorów lampowych pana Cybenki
Swojak
Swojak 20.06.2019, 22:54
W latach 80 tych? Również już w XXI wieku zielony rynek sprawnie działał.
VALI
VALI 19.06.2019, 23:50
ZAPOMNIELIŚTA ŻE PRZY BAZYLIAŃSKIEJ BYŁA PIEKARNIA ,,tz U TURKA "
Zawisza Ciemny
Zawisza Ciemny 19.06.2019, 05:58
Najbardziej ,,urocze'' były włosy w osełkach masła i śmietana pół na pół z mąką
Wkur... ony!
Wkur... ony! 18.06.2019, 21:36
A dlaczego nikt nie wspomni że to andrzej wnuk zniszczył to miejsce (celowo małą literą)!!!!!

Pozostałe