Batalia o czystą mowę

  • 9.03.2018, 06:00 (aktualizacja 09.03.2018 06:32)
  • Bogdan Nowak
Batalia o czystą mowę ze zbiorów Adama Gąsianowskiego. Włościanin z Zamojszczyzny.
"Zaczółem pisać tylko o sobie, i jak już się bardzo zamyślałem, to aż mi dziwno, że jakby do pomocy, przybył mi mój dawny ból i swojem zipaniem w kolanach jakby mi chce pomódz myśleć" – tak zaczynał opis losów swojej rodziny (w latach 30. ub. wieku) pewien współwłaściciel gospodarstwa piętnastomorgowego w woj. lubelskim. "E, jak tak, to we dwóch zacniemy od dziadka i z co więksego do dziś opisemy".

A dalej we wspomnieniach tego gospodarza czytamy: "Opowiem (...) jakieśmy się uczyli, które się ozeniło i jak i ile nas zostało w domu, kiedy nam było dobrze, a kiedy źle. Imienia po starszemu: Franka, Weronka, Franciszek, Baśka, Stacho, Walek, Michał, Józef, Władek i Róźka, trzy starsze siostry matka naucyli w domu czytać drukowanego, Franciska zgodzili na pomoc pastucha do folwarku i tam panienka uczyła dzieci z poblizkich wsiów" (pisownia oryginalna). 

Jak wyglądała ta edukacja? "Po kryjomu przed ruskiem i on się uczył (chodzi o Franciszka – przyp. red.)" – tłumaczył autor pamiętnika. "Ja co to opisuje, też chodziłem do tej szkoły przez jedną zimę, ojciec tam trochę zapłacił, Walek i Michał zgodzone były do pasienia u ludzi, tak zeby ich uczyć trochę".
 

Wieśniacy piękni z oblicza
Te chłopskie wspomnienia mają wielką ekspresję i siłę. Język, jakim zostały napisane, wydaje się dzisiaj piękny, ale... jakoś rozbrajający (twardy los polskich chłopów nie był jednak godny pozazdroszczenia). Autor pamiętnika na pewno musiał się wykazać wielką determinacją, żeby skreślić owe kilka polskich zdań. Nie tylko on. 

W 1937 r. Główny Urząd Statystyczny RP wydał "Mały rocznik statystyczny". Wynika z niego, iż w 1921 r. w całym województwie lubelskim aż 35,1 proc. mieszkańców "w wieku dziesięciu lat i więcej oraz w wieku niewiadomym" było analfabetami (przy czym średnio w miastach ten odsetek wynosił 29,7 proc., natomiast na wsi – 36,3 proc.). Dziesięć lat później sytuacja nie była już tak dramatyczna. W 1931 r. nie potrafiło pisać i czytać 24,2 proc. mieszkańców woj. lubelskiego (w miastach było to średnio 19 proc., na wsi – 25,4 proc.). Pracownicy GUS zauważyli też inną prawidłowość: częściej analfabetami były kobiety niż mężczyźni. W takich warunkach nasi chłopscy przodkowie nie posługiwali się oczywiście pięknym, literackim językiem. Jednak na Lubelszczyźnie było z tym trochę lepiej niż w innych regionach kraju. 

"Lud, któryśmy w czasie godów weselnych przez kilka dni z rzędu studyowali w Milejowie, wydał się nam jednym z najbardziej sympatycznych w całem Królestwie" – pisał w 1880 r. na łamach "Tygodnika Powszechnego" Edward Chłopicki. "Piękni z oblicza, oraz niesłychanie gładcy i uprzejmi w obejściu się z ludźmi, – wieśniacy tutejsi zadziwiają przybysza swoją poprawną mową polską. Czystość języka, pozbawionego nie tylko drażniącego ucho (...) szeplenienia na Mazowszu, ale i licznych tam idyotyzmów dyalektycznych – jest wzorową, w niczem nie różniącą się od pismiennej mowy naszej". 
Jednak w owych chłopskich rozmowach słychać było "wschodni koloryt". Był to według Chłopickiego "leciuchny odcień przeciągania, przypominający śpiewność sąsiednich, zza Wieprza Rusinów". O języku lubelskich chłopów pisała także w XIX w. Klementyna z Tańskich Hoffmanowa.
 

Niebo się bałwani
"Mowa Lubelskich włościan nierównie czystsza i piękniejsza niż Mazurów, bez syczenia, dodatku lub ujmowania głosek" – czytamy w jej zapiskach. "Mają niektóre wyrazy bardzo właściwe (we wsi: Rybczewicach) np. długie włosy kosą zowią, girlandę – równianką, bukiet – snopkiem, albo wiązką kwiatów, wieś – siołem, kompaniję – drużyną, los – dolą, dziewkę, która po ojcu majątek – ojczewiczką, garnek do mleka – gładyszem; kiedy się obłoki na niebie w chmury zbijają, mówią: bałwani się niebo".

Zachował się także opis języka używanego przez mieszkańców Żółkiewki (w powiecie kranostawskim) z 1866 r. "Lud wiejski tu w ogóle bardzo pięknie mówi po polsku, a to może z powodu zetknięcia się mowy polskiej z ruską, skutkiem czego i Rusini i zamieszkujący tutejsze (nad Wieprzem) okolice, również czysto mówią po polsku" – czytamy w jednej z relacji. 
Język lubelskich włościan badał także w drugiej połowie XIX w. Oskar Kolberg, zasłużony etnograf i folklorysta. W książce pt. "Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce" spisał kilkadziesiąt "zwrotów mowy i wyrażeń". Brzmią one dzisiaj bardzo ciekawie. Tak mówiono np. w okolicach Żółkiewki o pogodzie: "Dziś na świecie powoli" (co jak tłumaczył Kolberg miało znaczyć, iż nie ma "ani wiatru, ani deszczu, ani mrozu"). Natomiast gdy niedawno ożeniony parobek uskarżał się na ból w plecach, iż "to z całodziennej młócki", miał usłyszeć od fornala takie słowa: "Musi pracujesz tera bez dzień jak wół, a bez noc jak byk". 

Kolberg usłyszał też jak jeden z chłopów opowiadał o chorobie i postępującym "sinieniu". "To tak idzie, idzie, idzie, jak kowol żelazo pędzi, a zrazu jak wzięło mordować, tak z dwóch stron gnało" (jak uczony tłumaczył: włościanin miał na myśli biegunkę, która dopadła go "dołem i górą"). Podczas jednej z rozmów pewien lubelski gospodarz miał natomiast dać Oskarowi Kolbergowi taką, przeczącą odpowiedź: "Nie powiem panu, bom nie słyszał ni od kogoj".
Folklorysta stworzył także słownik, w którym znalazły się wyrazy zaczerpnięte z gwary oraz ich tłumaczenia. To np. buciory (duże buty), grubiarz (piecuch), hycać (skakać jak koń), hysać (huśtać dziecko na rękach, kołysać), kidnąć (porzucić), kondra (kołdra), ładować (w znaczeniu przygotować, szykować), roztetlać (rozgnieść), siestra (tak mówiło się w okolicach Zamościa o siostrze), surowisko (mokre drzewo), termosić (miąć, gnieść), trupieszeć (schodzić z pola, słabnąć), tudy-siudy (wszędzie, na wszystkie strony), wizerunek (dziwoląg niepodobny do człowieka), wyliźć (wyjść) czy zajurchać się (zagadać się, mówić i mówić). 
 

Heca, półkwarta i absentowanie
Oczywiście wyrażenia potoczne były przez folklorystów i miłośników wsi cenione i gromadzone. Jednak ze szkół je raczej rugowano. Nie było to łatwe zadanie. W 1902 r. Artur Passendorfer, profesor C.K. Wyższej Szkoły Realnej we Lwowie wydał jednak książkę pt. "Błędy językowe". Także dzięki niej łatwiej było walczyć o czystą polszczyznę. "Pierwsze wydanie "Błędów językowych" rozeszło się nadspodziewanie szybko, bo w przeciągu kilku tygodni (...)" – pisał w przedmowie do kolejnego wydania tej publikacji (w 1904 r.) prof. Passendorfer. "Za wzór i miarę oceny służył nam żywy język ogólnopolski i dzieła znakomitych pisarzów".

Więcej na ten temat przeczytasz w najnowszym numerze i e-wydaniu Kroniki Tygodnia

Bogdan Nowak

Zdjęcia (1)

Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Kronika Tygodnia. Grupa Wydawnicza SŁOWO sp z o.o. z siedzibą w mieście stołecznym Warszawa (ul. Chocimska 3A, 00-791) 
jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe